W niebiańskiej przestrzeni. Mariana Murawskiego ekstrakt z Suwalszczyzny

Latem Galeria Patio SOK będzie gościć prace urodzonego pod Suwałkami Mariana Murawskiego. Malarstwo, ilustracje i rzeźby autorstwa tego znakomitego artysty pokazywane były na całym świecie, a prace wielokrotnie nagradzane. Jego twórczość stanowi swoisty estetyczny ekstrakt północno-wschodniego krańca Polski.

Galeria Patio, ul. Jana Pawła II 5

wstęp wolny | wystawa potrwa do 16.09.2018 | wernisaż odbył się 15.06.2018

Marian Murawski urodził się 26 marca 1932 roku w Podleszczewie koło Suwałk, malarz, grafik, ilustrator książek, głównie dla dzieci i młodzieży. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie w 1960 roku z wyróżnieniem rektorskim (dyplom w pracowni prof. Józefa Mroszczaka w dziedzinie grafiki użytkowej oraz w pracowni prof. Wojciecha Fangora w dziedzinie malarstwa). W latach 1960-1964 pracował jako asystent w pracowni prof. Mroszczaka. Był również wykładowcą w dziedzinie ilustracji i grafiki książkowej w Instituto Cubano del Libro w Hawanie.

Swoje prace eksponował na kilkudziesięciu wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą. Malarstwo – wystawy indywidualne, między innymi: w Galerii DAP i Galerii Test w Warszawie, a także w galeriach w Łomży, Suwałkach (Chłodnej 20), Malmö (Galleri Minerva Art & Design) 2013 oraz w Trelleborgu (Galleri New Form) 2013. W 2004 roku wziął udział w dwóch wystawach malarstwa polskiego w Wilnie i Kijowie. Ilustracja – wystawy indywidualne: Göteborg 1980, 1983, 1993, Tirrenia 1982, Viareggio 1984, Warszawa (Kordegarda) 1989, Belgrad 1990, Bratysława 1991, Kraków (Cafe Schafe) 2009. Uczestniczył w ponad stu wystawach zbiorowych ilustracji w kraju i za granicą, między innymi: w Paryżu (Centre Pompidou – wystawa laureatów BIB), Belgradzie, Sao Paulo, Bratysławie, Meksyku, Moskwie, Tokio, Osace, Sofii, Bukareszcie, Brukseli, Londynie, Nowym Yorku, Barcelonie, Bari i Frankfurcie.

Laureat wielu nagród i wyróżnień w kraju i zagranicą, między innymi: Złotego Medalu (zespołowo) na Biennale w Sāo Paulo (1966), Złotego Jabłka na I Międzynarodowym Biennale ilustracji BIB’67 w Bratysławie za ilustracje do książki W. Woroszylskiego Podmuch malowanego wiatru (1967), nagrody w ogólnopolskim konkursie ilustracji do książek dla dzieci i młodzieży w Warszawie za ilustracje do książki W. Żukrowskiego Porwanie w Tiutiurlistanie (1969), Srebrnego Medalu na Międzynarodowym Biennale Grafi ki Użytkowej w Brnie za ilustracje do książki W. Żukrowskiego Porwanie w Tiutiurlistanie (1972), Złotego Jabłka na Biennale Ilustracji BIB’77 w Bratysławie za ilustracje do książki Niewyczerpany dzban (1977), Nagrody Prezesa Rady Ministrów za twórczość artystyczną dla dzieci i młodzieży (1978), Premi Catalònia na Międzynarodowym Biennale Ilustracji w Barcelonie za ilustracje do Księgi bajek polskich (1988), Grand Prix Biennale Ilustracji BIB’89 w Bratysławie za ilustracje do Księgi bajek polskich (1989). Nagrody IBBY za całokształt twórczości w dziedzinie ilustracji książkowej (2008). Otrzymał również Nagrodę Miasta Suwałk Włócznię Jaćwingów za twórczość w dziedzinie sztuki (2008). Jako laureat konkursu został jurorem prestiżowego Biennale Ilustracji Zlate Pero w Belgradzie, a także jurorem Biennale Ilustracji w Bratysławie (BIB’91). W latach 1978-1979 Marian Murawski był stypendystą Ministra Kultury i Sztuki. W 1989 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi za osiągnięcia w pracy twórczej.

W BOŻEJ PASZCZY

Jako dziecko Marian Murawski lubił kłaść się na wznak wprost na ziemi i patrzeć ponad siebie, wyobrażał sobie wtedy, że sklepienie niebieskie jest tak naprawdę podniebieniem paszczy Boga, który połknął świat niczym wieloryb Jonasza. Tu, na polsko-litewskim pograniczu, boża gardziel nie zawsze była opiekuńcza; ani przyroda, ani historia nie oszczędzała mieszkańców krainy „wietrznych wyżyn, jezior i świerkowych lasów”, jak o Suwalszczyźnie mawiał Czesław Miłosz. Północna, surowa mała ojczyzna, ulepiona z podstawowych ingrediencji, takich jak ziemia, woda, polodowcowe głazy i drewno, połączonych zaprawą mitów i legend, stała się dla ilustratora i malarza, nigdy niewyrzekającego się dziecięcej wrażliwości, inspiracją na całe twórcze życie.

Marian Murawski od zawsze oglądał swój świat jak gotową kreację artystyczną, swego rodzaju wielki ready made. Półżartem zwykł mawiać, że prekursorami instalacji artystycznych byli polscy chłopi. Pozorny bałagan wiejskich podwórek, szczerbate płoty, części maszyn, tu jakaś kosa, tam drabina czy brona, to dla niego układ, kompletna kompozycja, „martwa natura pejzażu”. Ze składników tego ludzkiego, podlegającego prawom rozkładu rozgardiaszu wyprowadza swoje formy i kolory. Zbutwiałe deski, porośnięte mchem i porostami szalunki chylących się domów, liszaje pleśni i nacieki deszczówki to dla niego fakty estetyczne. Kształtują jego paletę na równi z eterycznymi tonami nieba i ziemi. Obu najlepiej zimowych. W tym zredukowanym, zimnym środowisku urodzony w Podleszczewie malarz wyszukuje subtelności, sublimuje. Jeśli prawdą jest, że Eskimosi znają dziesiątki określeń na śnieg, mogliby z pewnością wykorzystywać obrazy Murawskiego jako materiał poglądowy do nauki swojego języka. Malarz zdał się zapomnieć o powiedzeniu „biały jak śnieg”, na jego płótnach pokrywa śnieżna zawsze ma swoją niepowtarzalną gęstość i barwę, determinowaną porą dnia, konsystencją powietrza, humorami słońca i stanem nieba. Zasada barwnej sublimacji z powodzeniem znajduje zresztą zastosowanie także w przedstawieniach tego ostatniego. Letnia przyrodnicza bujność jest dla malarza zbyt oczywista i nie zasługuje na artystyczną uwagę. Gdy Murawski bierze na warsztat drzewa, to niemal bez wyjątku te ogołocone z liści przez jesień. „Owszem, lubię te zielone, letnie, ale prawdziwie malarskie są te bezlistne, obnażone, wtedy dopiero mają swoją formę” – wyznaje. Takie właśnie pojawiają się choćby na obrazie „Zima 42”. Od drzew zahibernowanych, wiodących swoje zimowe życia utajone, blisko do drzew martwych. Można by rzec, że na obrazach Murawskiego różnica semantyczna między drzewem a drewnem się zaciera. Jedno i drugie liczy się jako malarska forma, ale też nośnik nastroju.

Na wielkich płótnach Mariana Murawskiego elementów wyobrażonych jest zwykle niewiele. „Przed nami ogromne przestrzenie płócien wypełnione przedmiotami i konstrukcjami, liniami i kolorami, całkowicie pozbawione anegdoty” – pisał o tym malarstwie Andrzej Matynia. Rzeczywiście, naocznie podanej anegdoty tu nie ma, tym właśnie radykalnie różnią te obrazy się od prac, z których Marian Murawski jest znany najbardziej, książkowych ilustracji. Jednocześnie chyba każdy z nich z anegdoty wywodzi swój żywot: z odwiecznie krążących pod chłodnym suwalskim niebem podań, powtarzanych przy łuskaniu fasoli opowieści, klechd i bajań, indywidualnych impresji i przygód. Wreszcie z dramatycznych wojennych historii. Ową anegdotę łatwo wprawić w ruch, ot, choćby pytając, kogo opłakują „Kukłady w chóralnym lamencie”, jak głosi tytuł jednego z płócien. „Źródłem kompozycji jest zdarzenie z czasów wojny, które widziałem jako dziecko. Spod wsi Biała Woda Niemcy prowadzili kolumnę rosyjskich jeńców. Szli wycieńczeni, żałośnie śpiewając, a po drodze jedli wszystko, co dało się włożyć do ust, trawę, papier. Raz po raz padali martwi. Za tym pochodem jechały dwie chłopskie furmanki, na których układano umarłych” – opowiada autor, projektujący wspomnienie na uczłowieczone – a może lepiej rzec ożywione? – drewniane kukły, płoty, drabiny. Swoje losy mają również głazy narzutowe, licznie zasiedlające obrazy Mariana Murawskiego i chciwie zabiegające w ich ramach o przestrzeń. „Na Suwalszczyźnie jest ich bardzo dużo. Mniejsze wybierano z ziemi przy okazji orki, układano w spore pryzmy. Stosy kamieni pojawiały się, gdy zaczynał topnieć śnieg, wiały przedwiosenne wiatry. Jako dziecko zastanawiałem się, skąd się biorą. «To ty nie wiesz?», zdziwił się zapytany przeze mnie chłop. «Rosną – tak jak żyto, pszenica czy ziemniaki!». Uwierzyłem mu. Wziąłem jeden z kamieni i położyłem pod stodołą. Spodziewałem się, że po kilku miesiącach rosnący kamień uniesie budynek. Czekałem rok, nic się jednak nie stało, rozczarowany stwierdziłem, że kamień nie urósł ani o milimetr”. Niektóre okazy eratyków powracają jako artystyczny motyw wielokrotnie, jak choćby ów szaro-granatowo-niebieski głaz z Szubienicznych Wzgórz, który dziesiątki lat temu zaskoczył malarza na narciarskim szlaku i wprawił w zachwyt swoim monumentalnym kształtem i skamieniałą siłą.

Nie sposób zaprzeczyć, sztuka Mariana Murawskiego mocno zakorzeniona jest w lokalności. Dla wielu taki wyniesiony z „kraju lat dziecinnych” bagaż staje się nieznośnym ciężarem, a dla odbiorców pretekstem do zaszufladkowania twórczości pod etykietką „folklor”. Ci, którzy mają dość charyzmy, by posługując się językiem lokalności twórczo go przekształcić i nie doprowadzić do tego, by język ten – często w postaci strywializowanej – mówił nimi, wychodzą z tej sytuacji z tarczą. Murawski zalicza się do nielicznej grupy zwycięzców. Na jego obrazach nie znajdziemy ckliwości, cepeliady, taniego sentymentalizmu. Trafiamy za to na skomponowany bardzo indywidualnie estetyczny i duchowy ekstrakt północno-wschodniego krańca Polski. Jak na rasowego i wieloletniego ilustratora baśni przystało, sięga Murawski na swych obrazach po przedmioty codzienne i elementarne zjawiska, jedne i drugie przepuszczając przez wyobraźnię magiczną. To co zbędne, burzące kompozycję bierze w nawias, zaprawiając to, co przechodzi artystyczną selekcję szczyptą niesamowitości i grozy. Pamiętając o punkcie wyjścia malarza, który stanowi mocna tożsamość suwalskich inspiracji, możemy jego płótna traktować jako przyłapane na drodze prowadzącej ku abstrakcji. Ładunek wspomnień, doświadczeń i obserwacji – osobistych, a zarazem w dużej mierze wspólnych dla mieszkańców tych stron – stanowi w tym ujęciu pożywkę dla malarstwa systematycznie oczyszczającego się z konieczności odwzorowywania. Będzie to jednak abstrakcja romantyzująca, zakorzeniona w mikroświecie, karmiąca się jego podaniami i gusłami, nasycona u swoich źródeł ludową metafizyką. Zauroczona po równi surową przyrodą, co mrokiem i jego bezcielesnymi mieszkańcami. Zda się, że wystarczy chwila nieuwagi, krótka drzemka naszego rozumu, by zza tych czysto malarskich kształtów wypełzły duchy topielców; byśmy usłyszeli zawodzenie żebrzuszcz i kukładów. Otwórzmy oczy, nadstawmy ucha.

Paweł Drabarczyk

Kategoria: Aktualności, Sztuki wizualne, Wydarzenia nadchodzące